Jak pozwolić mojemu dziecku tu żyć – historia przedszkola cz. 1


 

 

 

 

 

 

 

 

Historia jednej z mam, która zmaga się z bardzo ciężką sytuacją. Kocha swoje dziecko ponad wszystko. I to właśnie z tej miłości, myśli o tym, czy pozwolić mu dalej żyć w tym miejscu.

 

Jesteśmy razem z tą mamą. Nawiązaliśmy kontakt przez naszego maila, a później rozmawialiśmy na messengerze – komunikatorze na Facebooku. Oto zatrważająca historia i wyjaśnienie, dlaczego przez głowę matki przechodzą takie okrutne myśli. Ta mama walczy o to, by otrzymać stosowne wsparcie.

 

Oddajemy głos mamie:

 

Zanim ktoś to oceni, niech przeczyta. Może wtedy zrozumiecie, jak to jest być w takim potrzasku i desperacji, w jakiej jestem ja. Zaczęło się wszystko od posłania mojego syna do przedszkola. Był bardzo wesołym 3-latkiem. Przed pójściem do przedszkola, było mu bardzo trudno się ze mną rozstać. No i jak to mamie, ja też płakałam, po tym jak musiałam zostawić go w przedszkolu. To chyba normalne emocje mamy…

 

Płakałam i zaglądałam do sali przez szczelinę między zasłoną a parapetem, byleby tylko mnie nie zauważył.  

 

Przez pierwszy miesiąc był płacz, krzyk… Wszystko było na nie. Jak to dziecko, nabijał sobie jakiś tam siniaków. Nie zwracałam na to uwagi. Nie zwracałam uwagi na to, że ciągle płakał i krzyczał. Myślałam, że to normalnie. Przecież niektóre dzieci, potrzebują więcej czasu, aby się zaaklimatyzować. Jednak bardzo żałuję, że przez głowę mi nie przeszło, że coś jest nie tak… Mam do dnia dzisiejszego wyrzuty sumienia. Gryzę się tym i z kolejnymi dniami, gdzie sprawa jest w toku i nic się nie wyjaśnia. Nie umiem sobie z tym poradzić.

 

***

 

Do jakiej tragedii w końcu musi dojść, by ktoś poważnie zainteresował się tą sprawą?

 

Przez moją głowę wciąż przechodzi ta myśl… Jest okropna.

 

Jeszcze okropniejsze jest to, że była dyrektor broni tej wychowawczyni. Ona i jedna z mam powiązana w jakiś sposób z tym, żeby nic się nie wydało.

 

***

 

Synek chodził do przedszkola dalej. Ja byłam poirytowana tym, że nie chce tam iść. Mówiłam mu, że on chodzi do przedszkola, a ja do pracy i musimy sobie jakoś poradzić. Byłam wtedy sama. Mieszkałam tylko z moim synkiem. Musiałam chodzić do pracy. Pamiętam, kiedy przestał w końcu płakać. Wtedy zaczęło się też zmieniać jego zachowanie.

 

Przestał odpowiadać na pytania, jakie mu zadawałam. Nie nawiązywał kontaktu wzrokowego. Nie chciał bawić się z innymi dziećmi.

 

Nie wiedziałam, co się dzieje.

 

Chodziłam z nim do poradni, do psychologów. Chodziliśmy razem na terapię, bo wyszło podejrzenie, że ma problemy sensoryczne.

 

Dostałam ocenę funkcjonowania dziecka w grupie, z której wynikało właśnie, że muszę stawić się do poradni. W tej ocenie było napisane, że mój syn ma problemy z nawiązywaniem kontaktu i nie umie radzić sobie w codziennych, prostych czynnościach. Do tego też, że jest wycofany z grupy i zakłóca przebieg zajęć przedszkolnych. Jaka ja byłam wtedy głupia, że nie skojarzyłam sobie tego wszystkiego od razu.

 

Dyrektor przedszkola, która wtedy sprawowała tam swój urząd, wskazała rodzicom, aby nie kontaktowali się ze sobą, ani nie zakładali żadnych grup społecznościowych. Wspomniała o tym na samym początku roku przedszkolnego. Uzasadniła to tym, że w poprzedniej grupie były już skargi na wychowawczynię. Dlatego, żeby nie robić jakiś zbędnych dyskusji, zgłaszać wszystko od razu prosto do niej.

 

Żałuje do dziś, że wszyscy rodzice przystali na to i w nikim nie wzbudziło to podejrzeń.

 

Sprawa zaczęła się komplikować, kiedy pewnego dnia na spacerze mój synek powiedział do mnie „Zamknij się, jesteś kurwa głuchy?!”. Byłam zła, ale od razu się powstrzymałam. Przecież powtarzał to po kimś. Taka myśl przeleciała mi od razu przez głowę. Zapytałam się, kto tak do niego mówi. Dostałam odpowiedź, że zwraca się tak do niego jedna z przedszkolanek – jego wychowawczyni.

 

Ciarki mnie przeszły i postanowiłam to od razu wyjaśnić.

 

Pierwszym moim odruchem było napisanie do tej wychowawczyni. Później rozmowa tekstowa zamieniła się w rozmowę telefoniczną. Wychowawczyni szybko wyjaśniła mi, że nie zwraca się tak do „swoich dzieci”. Dodała też, że to na pewno nie ona, a dzieci potrafią zmyślać. Nadmieniał również to, że dzieci wyrażają się jeszcze gorzej, bo w przedszkolu nazywają ja „głupia i kurwa”.

 

Jakoś trudno mi było w to uwierzyć. Pomyślałam sobie, że moje dziecko przecież nie zmyśla w taki sposób. Nie tak… Nikt tak nie mówi… Zaczęły targać mną wątpliwości i wtedy postanowiłam bliżej się przyglądać temu, co się dzieje. Żałuje jednak, że wszystko odbyło się kosztem mojego dziecka.

 

We wrześniu płakał, w październiku był chory… Nadszedł listopad, też płakał. W grudniu podobnie. Zaczął się moczyć w nocy… Nowy rok i styczeń był tymi miesiącami, gdy zmieniał się właśnie zachowanie mojego dziecka. Sprawa nabrała tempa dopiero w kwietniu. Kiedy odbyło się spotkanie z rodzicami w sprawie tej wychowawczyni.

 

***

 

Do czasu zebrania zdążyłam się dowiedzieć wielu rzeczy na temat tego, dlaczego właśnie mamy tę wychowawczynie w grupie. Jak się okazuje, mieliśmy mieć zupełnie innego wychowawcę.

 

Wychowawczyni w naszej grupie zmieniła się dosłownie parę dni przed rozpoczęciem roku przedszkolnego. Prawdopodobnie właśnie z tego powodu, że w poprzedniej grupie były z nią problemy. Uważam, że dyrekcja postanowiła uciszyć sprawę i po prostu przenieść ją do innej grupy, by tamci rodzice nie wyciągali większych konsekwencji.

 

***

 

Na zebraniu w sprawie tej wychowawczyni rodzice rozmawiali.

 

Byli tacy, którzy wyraźnie mówili, co się działo. Jedno dziecko było rzucone o krzesło, właśnie przez tę wychowawczynię. Dyrekcja nie zaprzeczyła temu, ponieważ byli świadkowie tego zdarzenia.

 

Jak się później okazało, te osoby zostały przez dyrektor zastraszane. Zastraszane były też osoby, które współpracowały w grupie z tą wychowawczynią, przez samą wychowawczynię. Jednak to wyszło dopiero później. Wyszło, ale tylko w gronie zainteresowanych. Nie poszło dalej ani na policję, ani do kuratorium. Żadne zgłoszenie na ten temat. Jedna z osób, która odważyła się mówić, co dzieje się w przedszkolu, już w nim nie pracuje. Została zwolniona.

 

Czego jeszcze dowiedziałam się na tym zebraniu?

 

Tego, że inne dzieci też się moczyły. Dowiedziałam się, że pojawiały się siniaki na rękach, które wskazywały na to, że ktoś szarpał te dzieci i trzymał je mocnym uściskiem. Dowiedziałam się, że nie tylko moje dziecko wyraża się w tak brzydki sposób. Poznałam też historię innych dzieci, które płakały i bały się iść do przedszkola. Niektóre 3-latki bały się same zasypiać.

 

Poszło naprawdę wiele skarg. Jedną z nich złożyłam osobiście, bo podczas odbioru synka z przedszkola widziałam, jak wychowawczyni krzyczy na dzieci. Jedna z dziewczynek płakała, a wychowawczynię to nie wzruszało. Schowałam się za drzwiami i obserwowałam. Mówiła do nich, że ona nie jest ich mamusią i nie wzrusza jej ich płacz. Dziewczynka chciała wybiec z sali do swojego dziadka, jednak wychowawczyni złapała ją mocno i podniosła do góry. Wtedy wychyliłam głowę zza drzwi. Zdziwiła się, że nie słyszała, jak szłam i trochę oprzytomniała. Wypuściła mojego synka do mnie, po tym jak kazała mu posprzątać.

 

Był roztrzęsiony, bał się i płakał.

 

Już wtedy powinnam powiadomić dyrekcję, że działo się coś nie tak. Jednak, kto by wyciągnął konsekwencje z tego, ze przedszkolanka każe dziecku posprzątać zabawki. A robiła to z agresją, płacz dzieci jeszcze bardziej ją rozjuszał. Widziałam to i byłam przerażona.

 

Domyśliłam się już, dlaczego moje dziecko stara się unikać kontaktu i płaczu. Bo przestał płakać, gdy się o coś uderzył. Przestał mówić, że go coś boli. Bał się przyznać, że coś mu się stało.

 

Część druga.

 

 

01 stycznia 2020

Zapraszamy również do odwiedzenia zaprzyjaźnionych portali na Facebook'u i blogów

 

Facebook