Jak pozwolić mojemu dziecku tu żyć – historia przedszkola cz. 2

 

 

 

 

 

 

 

 

Był taki okres gdzie mój synek, chciał, żeby nie zapalać mu światła, bo on nie boi się być w ciemnej łazience. Było tak tylko przez jakiś czas. Kategorycznie odmawiał zapalania światła, a nawet prosił o jego zgaszenie. Później już zawsze chciał, żeby zapalać mu światło, jak idzie do łazienki.

 

***

 

Byłam dziś w prokuraturze rozmawiać na temat sprawy naszych dzieci.

Okazało się, że przed wychowawczynią zostały postawione zarzuty. Jak oznajmiła prokurator, nie umniejsza tego, co się działo w tym przedszkolu. Stwierdziła natomiast, że dzieją się o wiele gorsze rzeczy na świecie. Nadmieniła takie jak przywiązywanie dzieci do kaloryfera czy zaklejanie im ust taśmą.

 

Zapomniała jednak o tym, że takimi argumentami były straszone dzieci. Były zastraszane również tym, że w zimie zostaną wystawione na dwór w samej bieliźnie lub będą spały nago. Zastraszała, że zamknie je w ciemnej łazience. Nie wzruszył ją fakt opowiedzianego przeze mnie zmiany zachowania mojego syna.

Stwierdziła, że nie jest psychologiem, by oceniać to, jak zmieniło się jego zachowanie, które opisywałam już wcześniej. Doradziła nam jednak późniejszy kontakt.

 

***

 

Byłam też dziś na spotkaniu z innymi rodzicami w centrum pomocy. Właśnie tam dowiedziałam się, że takie kary były stosowane. Od dziś raczej ciężko będzie mi bagatelizować jakieś najdrobniejsze szczegóły. Codziennie przypominają się jakieś nowe rzeczy i łączą się... To, co wcześniej wydawało się fanaberią dziecka, dziś przejawia się jako krzyk o pomoc, którego wcześniej nie rozumiałam.

 

***

 

Pamiętam, jak na zebraniu rodzicielskim zostało wspomniane właśnie to spanie nago. Dyrektor przy wszystkich rodzicach stwierdziła, że dla dzieci jest to normalne. Czasem nawet dzieci przecież lubią spać na golaska. Moim zdaniem jeżeli jednak jest to używane w formie zastraszenia kogoś, nie jest to świetną zabawą i przyjemnością.

 

***

 

Pani prokurator powiedziała nam też, już na samym wejściu, że nie jesteśmy osobami uprawnionymi do wglądu w akta.

 

- Dlaczego?

 

- Ponieważ poszkodowanymi są nasze dzieci, a nie my. – Odpowiedziała, a ja zapytałam się już nieco zdenerwowana:

 

- Jak to? Mam przyprowadzić tu mojego synka, żeby zapoznał się z aktami?

 

Nie odpowiedziała na to pytanie. W wyniku dalszej rozmowy stwierdziła jednak, że aby zapoznać się z aktami musimy złożyć wniosek do biura podawczego. Przejrzała jakiś kodeks i stwierdziła, że taka zgoda powinna zostać nam udzielona.

Tak naprawdę w całej tej sprawie czuje się spychana, z kąta w kąt, przez ludzi, którzy mieli pomagać.

 

Ludzi, którzy powinni bronić poszkodowanych czy osób dotkniętych przemocą. Coraz wyraźniej widzę i zaczynam pojmować to, czemu niektórzy przestają walczyć o swoje prawa. Z całym tym chodzeniem, po tych wszystkich komisariatach, prokuraturach i prawnikach odczuwam coraz to większe przytłoczenie i ucisk. Mój żołądek ściska się, nie mogę spać, a głowę rozsadza mi setka myśli.

 

Muszę za każdym razem wszystko powtarzać od początku. Co raz, przeżywać to samo i rozpamiętywać. Przez cały czas muszę o tym wszystkim pamiętać, co zjada mnie od środka. Wyrzuty sumienia, że nie umiałam zareagować wcześniej. Nie potrafiłam zareagować inaczej.

 

***

 

Wychowawczyni, której postawiono zarzuty, o znęcaniu się nad dziećmi ma wgląd do wszystkich dokumentów. Dla mnie, jako laika nie jest to jasna sprawa. Dla kogoś, obeznanego prawnie, może i jest to normalne. Jednak dla mnie nie.

 

Tym bardziej, nie jest dla mnie normalne to, że dostała powiadomienie o tym, że poszkodowane dzieci będą przesłuchiwane. I co? Ostatnimi czasy odwiedzała przedszkole. Odwiedzała grupę naszych dzieci kilkukrotnie. Po tych odwiedzinach mój syn i inne dzieci mówiły rodzicom, że „Wychowawczyni nie jest już taka zła. Nie boję się jej, bo nie dała już kary i nie krzyczała”.

 

Dzieci nie chciały już iść do przedszkola następnego dnia.

 

***

 

Nachodzi mnie pytanie, jak się bronić?

 

Powoli ta obrona staje się dla mnie ciężarem. Czymś, co jest niezwykle ciężkie do utrzymania. Jest dla mnie torturą. Użeranie się z kimś, kto ma mi pomóc… Czuje się jak wpędzana w taką spiralę lęku, strachu o to czy sprawa zostanie rozwiązana.

 

Czy moje dziecko jest bezpieczne? Zaczyna wydawać mi się, że sama nie zdziałam nic, a służby, które powinny się zając sprawą dzieci, mają o wiele większe i ważniejsze problemy.

 

Najgorsze jest to, że wiem też, jak rozwiązuje się sprawa skarg w kuratorium. Coś strasznego… Okazało się, że tak naprawdę ręka rękę myje… Wszystko dzieje się jak w jakimś chorym filmie. Jak w książce, w której historia nie kończy się dobrze, lub przynajmniej źle dla ofiary. Czuję się jak ofiara.

 

Dostaliśmy informację, że kuratorium planuje zamieść sprawę pod dywan. Do tego wszystkiego okazało się, że postępowanie kuratorium w sprawie wychowawczyni zakończy się uniewinnieniem jej. Rodzice poszkodowanych dzieci, w tym ja, nawet nie zostaliśmy wezwani na przesłuchania.

 

Kuratorium z pewnością i tak tego już nie zrobi. Były osoby, które zeznawały na niekorzyść tej wychowawczyni. Jednak przyjęła ona system obrony, w którym wyjaśniła, że z tymi osobami jest skonfliktowana. Do tego miała zaburzoną świadomość przez śmierć ojca i faktycznie mogła być w ostatnim czasie nieco ostrzejsza dla dzieci.

 

***

 

Sama poszkodowana chwali się już wygraną i zapowiada, że nie zapomni nam tego, co jej wyrządziliśmy.

 

***

 

Zadaje sobie jednak pytanie, czy jest więcej osób, które doświadczyły nieco ostrzejszego zachowania owej wychowawczyni i byłej dyrektor. Zastanawia mnie to. Wiem, że są takie osoby…

 

Była kucharka z przedszkola opowiedziała, co się działo. Dawno już tam nie pracuje. Nie zgłaszała niczego, ponieważ była dyrektor przedszkola ma bardzo duże plecy. Była dyrektor ukrywała wiele złych rzeczy jakie działy się w przedszkolu. Ukrywała, bo wychowawczyni, z którą pracowała od początku w placówce, jest jej przyjaciółką.

 

Wspólnie przeżyły razem wiele chwil, w tym również wychowywanie córki tej wychowawczyni. Córka jest już dorosła i nie mieszka z matką.

Wychowawczyni, która znęcała się nad dziećmi, z pewnością nie miała szczęśliwego życia. Ojciec jej dziecka ją zostawił. Jednak to nie usprawiedliwia jej do znęcania się i wyżywania na innych dzieciach i przenoszenia swojej frustracji na osoby bezbronne.

 

O tych problemach życiowych wychowawczyni, wspominała mi sama była dyrektor, kiedy byłam u niej w gabinecie pytać się o wychowawczynię. Jeszcze wtedy myślałam, że może ta osoba jednak jest dobra, tylko się pogubiła - teraz już tak nie uważam.

 

Dochodziło do różnych incydentów, po których wychowawczyni była po prostu odsyłana na roczny urlop wypoczynkowy. Coś się działo – urlop – powrót. Błędne koło zataczało się... Dowiedziałam się też, od byłej dyrektor, że wychowawczyni nigdy nie leczyła się psychiatrycznie, bo nie uważała, żeby miała jakiś problem.

 

Skoro tak, w takim razie czemu obecna dyrektor powiedziała rodzicom na zebraniu, że nie dziwi się, że tamta zwariowała?

 

 Była dyrektor nie boi się niczego. Ma w rodzinie prawników i znajomych na wysokich pozycjach. W późniejszym czasie nie robiło jej problemu, aby zastraszać rodziców czy personel różnymi sposobami.

 

 

Część trzecia pojawi się w niedługim czasie.

02 stycznia 2020

Zapraszamy również do odwiedzenia zaprzyjaźnionych portali na Facebook'u i blogów

 

Facebook